Waterloo kieleckiego „Napoleona” [FELIETON]

Oczekiwania i plany były ambitne, ale boiskowa rzeczywistość brutalnie je zweryfikowała. Korona miała atakować europejskie puchary, a wylądowała na dnie. Na szczęście widać światełko w tunelu.

To miał być piękny czas dla zespołu Gino Lettieriego. Włoski szkoleniowiec od początku pracy w Kielcach układał drużynę po swojemu. Miał pełnię władzy i ogromne zaufanie przełożonych. Co pół roku wymieniał piłkarzy, którzy – z różnych względów – nie pasowali mu do koncepcji. Zimą pozbył się m.in. krnąbrnego Mateusza Możdżenia. Jednak tym razem układanka kieleckiego „Napoelona”, jak zwykł go często nazywać prezes Krzysztof Zając, całkowicie się rozsypała. Bo choć po inauguracyjnej wygranej w Gdyni Korona uplasowała się w tabeli tuż za podium, to potem było już tylko gorzej.

Kulminacja to dwie kompromitujące porażki w ciągu tygodnia. 1:4 w Sosnowcu i 2:6 z Wisłą Kraków. Kieleckich kibiców – z oczywistych względów – najmocniej zabolało sześć goli wbitych przez „Białą Gwiazdę”. Lettieri bezpowrotnie utracił zaufanie publiczności. Od tego momentu „Gino, auf Wiedersehen” rozbrzmiewało na Suzuki Arenie podczas niemal każdego meczu. Jednak Włoch nie miał zamiaru się żegnać. Co gorsza, pogłębiającego kryzysu w porę nie dostrzegły władze kieleckiego klubu. Skutki okazały się wyjątkowo kosztowne. Drużyna nie awansowała do grupy mistrzowskiej. Korona straciła szanse na prestiżowe mecze i mnóstwo pieniędzy z kontraktu praw telewizyjnych.

Gino Lettieriego w tym roku najczęściej można było oglądać w takiej pozie…

Efekt? Dziura budżetowa, którą dziś musi zasypać dokapitalizowanie klubu z miejskiego budżetu. Jako że obecne władze Kielc nie są szczególnie przychylne Koronie, to – w momencie pisania tych słów – finansowa przyszłość klubu wciąż nie jest pewna.

Pewna nie może być też Korona ligowego bytu w ekstraklasie w kolejnym sezonie. Bo obecny rozpoczął się tak, jak skończył poprzedni – od serii porażek. Po siódmej kolejce kielecki zespół wylądował na samym dnie. Po raz pierwszy w historii swych występów w ekstraklasie. Lettieri już nie miał żadnych argumentów. Po 26 miesiącach stracił pracę. Ale jeśli ktokolwiek myślał, że to Włoch był największym problemem Korony, musiał zweryfikować ten pogląd, gdy drużynę objął Mirosław Smyła.

Mirosław Smyła w pierwszych tygodniach swojej pracy sporo musiał się nagłowić jak dotrzeć do piłkarzy.

50-letni bytomianin od pierwszej chwili pokazał się jako całkowite przeciwieństwo Lettieriego. Kontaktowy, uśmiechnięty, zarażający optymizmem, żonglujący przed kamerami bon motami. Ale w pierwszych meczach gra drużyny niewiele różniła się od tej z czasów poprzednika. Korona była najbardziej bezbarwnym, pozbawionym pomysłu i charakteru zespołem w lidze. Ale to już przeszłość.

Smyła otoczył się młodymi, ambitnymi współpracownikami, a na asystenta wybrał niedawnego idola trybun – Kamila Kuzerę. I w ostatnich jesiennych meczach drużyna zaczęła odzyskiwać swoje koroniarskie DNA. Piłkarze zaczęli walczyć, biegać, wzajemnie sobie pomagać, a przede wszystkim dokładać sporo piłkarskiej jakości. Korona postraszyła w Poznaniu Lecha, odarła z argumentów Zagłębie, rozbiła na swoim stadionie Raków i wreszcie grając w osłabieniu wyszarpała komplet punktów z Cracovią i zaledwie kilka dni później w Szczecinie.

W końcówce roku Korona znów zaczęła być drużyną. Na murawę i do szatni wróciła radość.

Do pełnego spokoju w tabeli i w sercach kibiców droga jeszcze daleka, ale tylko najwięksi pesymiści mogą nie zauważać, że zespół pod wodzę Mirosława Smyły wychodzi na prostą. W szatni znów zaczął obowiązywać język polski, piłkarze wreszcie zaczęli tworzyć drużynę, a nie zlepek indywidualności. Pewne jest jednak, że zimą zespół trzeba  przewietrzyć, a przede wszystkim wzmocnić na kilku najbardziej newralgicznych pozycjach (królestwo za napastnika!).

Słowa trenera Smyły wykrzyczane do piłkarzy po zwycięstwie z Cracovią: „Panowie, jesteśmy dobrą drużyną!”, to już nie tylko slogan mający podnieść drużynę na duchu, ale realna ocena potencjału. Co nie zmienia faktu, że przed Koroną być może najważniejsze miesiące w jej historii. A już na pewno w jej nowożytnych, ekstraklasowych dziejach.

Na nowy 2020 roku wszystkim kibicom Korony wypada zatem życzyć chyba tylko jednego, żeby był lepszy niż mijających 12 miesięcy. A pierwsze spełnienie niech nastąpi już w połowie maja. Wszelkiej pomyślności!

Maciej Sierpień

Share:

2 Responses to the post:

  • Mac
    w 17:33

    Jak chcecie być nr 1 w Kielcach to musicie się brać do roboty…… przespaliscie mecz w Szczecinie.

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *