Jańczyk: Chciałem wstać od stołu, rzucić papierami i wyjść (#2)

– Ciekawym przykładem metamorfozy w Kielcach jest Marcin Brosz. Pamiętam jak dziś – zostało pięć minut do powitalnej konferencji prasowej, siedzimy w gabinecie u prezesa Paprockiego i mówię mu: „Panie trenerze, jestem przerażony wizją naszej współpracy” – mówi w drugiej części rozmowy z cowKoronie.pl były rzecznik i spiker kieleckiego klub Paweł Jańczyk.

Porozmawiajmy o trenerach, z którymi przez te wszystkie lata współpracowałeś. Jak sam wspomniałeś było ich jedenastu, ale zacznijmy od tego ostatniego. Jaki jest Gino Lettieri?

Na pewno nie chcę oceniać go pod kątem sportowym, bo w tym temacie po prostu brakuje mi wiedzy. Ale z rozmów z piłkarzami wiem, że o jego warsztacie trenerskim nie można złego słowa powiedzieć. Często z boku przyglądałem się treningom i one naprawdę był różnorodne, ciekawe i pewnie takie, które są dobre dla zawodników. Poza boiskiem, w kontaktach służbowych, trener Lettieri nie jest jednak najłatwiejszym człowiekiem. Trzeba było się przyzwyczaić, że wiele rzeczy jest robionych na ostatnią chwilę. Zmiana godziny briefingu, konferencji, odwoływanie zaplanowanych spotkań. Ale w tych sprawach spora rola jest po stronie zarządu, bo mnie jako rzecznikowi czasem po prostu o pewnych rzeczach nie wypada przypominać. Wiadomo, kto jest pracodawcą, komu powinno zależeć na odpowiednim wizerunku klubu czy samego trenera.

Na drugim biegunie postawisz pewnie innego trenera z zagranicy, czyli Jose Rojo Martina „Pachetę”.

Profesjonalista w każdym calu. Nie spotkałem się w swojej pracy z nikim, kto byłby tak świadomy tego, co mówi w mediach, jak się zachowuje, jak wygląda, co chce komunikując się w ten czy inny sposób osiągnąć. Ale to pewnie nie wzięło się znikąd. Trener „Pacheta” miał doświadczenie z piłką na najwyższym poziomie. I jako piłkarz, i jako szkoleniowiec.

fot. archiwum prywatne

I miał w Koronie wyjątkowego tłumacza.

„Toni” [Antoni Pilarz – red.] to człowiek jedyny w swoim rodzaju (śmiech). Na początku nie wiedzieliśmy, co mamy z nim – mówiąc brzydko – zrobić. Nie był zbyt dobrze odbierany przez dziennikarzy, bo lubił nieco urozmaicić wypowiedzi trenera. Kibice też nie przepadali za nim, bo był osobą nieco z innej bajki.  Ale usiedliśmy kiedyś z chłopakami z biura i zastanowiliśmy się, co możemy zrobić, żeby z tego szalonego „Toniego” uczynić atut. Parę razy namówiliśmy go, żeby zrobił trochę zwariowanych rzeczy przed kamerą. A to zaśpiewał, a to po zwycięstwie zatańczył Michaela Jacksona w szatni, i kibice go pokochali, założyli mu fanpage na Facebooku. Z osoby, która denerwowała stał się klubową maskotką. Do dziś jest dobrze w Kielcach wspominany, gdy przyjeżdża na mecz ludzie robią sobie z nim zdjęcia. I to jest super.

A polscy trenerzy?    

Ciekawym przykładem metamorfozy w Kielcach jest Marcin Brosz. Pamiętam jak dziś – zostało pięć minut do powitalnej konferencji prasowej, siedzimy w gabinecie u prezesa Paprockiego i mówię mu: „Panie trenerze, jestem przerażony wizją naszej współpracy”. Bo trzeba pamiętać, że Marcin przed przyjściem do Korony, był całkowicie amedialny. Nie udzielał wywiadów, przed meczem do telewizji wysyłał swojego asystenta. I kontynuuję: „Trenerze my jesteśmy klubem bardzo otwartym, kamera często bywa w szatni, w pokojach na zgrupowaniu, na treningach”. I trener odpowiada: „Ok, ale musicie mi pomóc. Jestem gotowy się zmienić, tylko potrzebuję waszego wsparcia”. I Marcin Brosz w Kielcach stał się człowiekiem otwartym, niestroniącym od mediów. I teraz tak samo jest w Zabrzu.

Nietuzinkową osobą był pewnie jego imiennik – Marcin Sasal? 

Jak miał zły humor, a czasem miał, to potrafił zrobić awanturę sprzątaczkom, że na korytarzu dywaniki są nierówno ułożone. A do mnie zdarzało mu się zadzwonić o drugiej w nocy, że w jakimś artykule o Koronie na stronie „Echa Dnia” jest literówka i muszę od razu zareagować, żeby to poprawili. No taki Marcin Sasal był (śmiech). Ale z perspektywy czasu wspominam go dobrze. Przeżyliśmy kilka fajnych momentów, z jego czasów zdarzało się grać Koronie kilka razy przy pełnych trybunach, a to dla mnie jako spikera zawsze było wielkim przeżyciem.

Złoty okres rozpoczął się dla Was wraz z nastaniem Leszka Ojrzyńskiego i stworzeniem słynnej „Bandy Świrów”.

Tu od początku czuliśmy, że jest ogromny medialny potencjał. I w osobie trenera, i zawodników. Oczywiście musieli się do nas przekonać, że jak powiedzą ze dwa słowa za dużo przed kamerą, albo przeklną – a to im się rzadko, ale zdarzało (śmiech) – to my im nie zrobimy krzywdy. I to niesamowicie zagrało. Ale też nie było tak, że to był taki samograj, bo czasem pewne rzeczy musieliśmy wykreować. Choćby słynną akcję z przebraniem Maćka Korzyma za bohatera filmu „Piła”, która miała zachęcić do przyjścia na mecz.

fot. archiwum prywatne

Klubowa telewizja Korony w pewnym momencie zaczęła wyznaczać trendy.

Nieraz rozmawiałem z Łukaszem Wiśniowskim z PZPN-owskiej telewizji „Łączy nas piłka”, który przyznawał, że na początku mocno się na nas wzorowali, podpatrywali jak podchodzimy do zawodników, jak nakłaniamy ich do rozmów. Sporo od nas czerpali. Bo sztuka robienia fajnych filmów naprawdę jest prosta. Włączasz kamerę i pokazujesz fajnych gości. A w reprezentacji takich jest mnóstwo. Nagranie Roberta Lewandowskiego z Kamilem Grosickim rozmawiających w trakcie masażu zawsze zainteresuje ludzi. I „Łączy nas piłka” w liczbie wyświetleń, rozpoznawalności szybko nas wyprzedziła. Ale to my pokazaliśmy kierunek, w którym warto pójść przy budowaniu pozytywnego wizerunku drużyny.

Nie boisz się, że po Twoim odejściu Korona TV też się zmieni?

Myślę, że nie ma to nic wspólnego z moim odejściem. To kwestia tego, co jest teraz w całym klubie, w szatni. W tym momencie trudno tam znaleźć ludzi pokroju Korzyma czy Golańskiego. Jedynym, który ma to „coś” jest Bartek Rymaniak. Piotrek Malarczyk jest superchłopakiem, ale to inny charakter. Podobnie jak Kuba Żubrowski. Z nim można porozmawiać na tysiąc różnych tematów, bo to jest megainteligentny chłopak, ale nie weźmie megafonu i nie będzie z nim biegał po szatni. Do niedawna był jeszcze Radek Dejmek, który z tą swoją „Mosą, Mosą” zachwycił całą Polskę. Radek trzymał szatnię, miał na nią ogromny wpływ. Teraz po porażce w Gliwicach słyszeliśmy przemowę „Malara”. Na mnie robiła wrażenie, ale pytanie ilu kolegów w szatni go zrozumiało…

To dziś największy problem Korony?    

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że grupki zawsze były w szatni. Była grupa brazylijska z Edim, Hernanim i Hermesem, serbska z „Vuko” czy Nikolą Mijajloviciem, grupa chłopaków, którzy wcześniej grali w Białymstoku. To normalne, że z niektórymi jest się bliżej, z innym dalej. Ale z tymi piłkarzami kibice mogli się identyfikować. W tej rundzie, przed nieszczęsnym meczem z Wisłą Kraków, zrobiliśmy akcję promocyjną dla kobiet. Panie się zgłaszały, a w nagrodę mogły wyprowadzić zawodników na boisko. I zgłosiło się 200 kobiet z czego 198 chciało wyprowadzać Bartka Rymaniaka (śmiech). I to najdobitniej pokazuje z kim dziś kibice się identyfikują, kto jest rozpoznawalny. Z czasów „Bandy Świrów” pewnie wygrałby Korzym, ale swoje głosy dostaliby Golański, Lisowski, Małkowski czy Stano.

Co zatem musi się zmienić w Koronie?

Musi być więcej polskich zawodników w składzie. A jeśli nie Polaków, to obcokrajowców z piłkarską jakością. Bo czy za czasów trenera Tarasiewicza, ktoś miał pretensje, że w środku pola stoi Francuz Olivier Kapo? Stał, bo trudno powiedzieć, że biegał (śmiech). Ale jak przyjął piłkę, podał ją, strzelił, to było widać, że to „Pan Piłkarz”. I takich osobowości dziś tej drużynie brakuje. Bo skoro nie stać nas na wielkie nazwiska z zagranicy, to stawiajmy na chłopaków z charakterem. Kiedy przez ostatni miesiąc patrzyłem na Koronę z boku, to zastanawiałem się w czym taki Joonas Tamm jest lepszy od Radka Dejmka?

fot. archiwum prywatne

Zmierzając powoli do końca naszej rozmowy, chcę Cię jeszcze zapytać o wydarzenie, którego jako rzecznik wstydziłeś się najbardziej? I nie ukrywam, że chyba znam odpowiedź…

Było ich kilka, ale był też tzw. szczyt wstydu (śmiech). Czasy prezesa Tomasza Chojnowskiego, trwa poszukiwanie inwestora dla Korony i nagle ogłaszamy konferencję prasową, na której mają zostać przekazane ważne informacje. Okazało się, że u boku prezesa Chojnowskiego wystąpi pan w dżinsowej kamizelce. Pytam jak mam go przedstawić, a on, że nie może podać jak się nazywa, ani czym się zajmuje… On musi pozostać incognito… Dla mnie to był taki absurd, że do dziś, jak to opowiadam, to mi się w głowie nie mieści. Czasem na imprezach puszczamy sobie zapis tej konferencji na YouTube (śmiech). Ale to było tak samo śmieszne, jak straszne. Gdy dziennikarze zaczęli zadawać pytania, wtedy naprawdę miałem ochotę wstać od stołu, rzucić papierami i wyjść. Masakra…

To, żeby zakończyć pozytywnie, co z tych 10 lat będziesz wspominał najmilej? 

Te najpiękniejsze chwile zawsze wiązały się z sukcesem sportowym. Moment powrotu do ekstraklasy w 2009 roku, gdy staliśmy na środku boiska z całym zespołem i nasłuchiwaliśmy informacji z Bielska, gdzie grało Podbeskidzie ze Zniczem. Pamiętam wyjątkową atmosferę przed meczem z Widzewem za czasów trenera Ojrzyńskiego. Czuliśmy, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym, zwycięstwo mogłoby dać nam nawet mistrzostwo Polski. Już szykowaliśmy koszulki „Witaj Europo!”. Z kolei po meczu z Termaliką za trenera Bartoszka po raz pierwszy w życiu popłakałem się przy murawie. Ogromna huśtawka nastrojów: porażka, rozpacz, a potem szał radości, że wygraliśmy sezon, bo pamiętamy, w jakim położeniu w tabeli trener zaczynał pracę. Ale dumny jestem też z wielu naszych akcji z chłopakami z biura prasowego. Siadaliśmy w trójkę z Michałem Siejakiem i Mateuszem Kępińskim, mieliśmy burzę mózgów, coś wymyślaliśmy, a potem cała Polska o tym mówiła. Wspomniana akcja z „Piłą” długo była pokazywana na wielu szkoleniach marketingowych. Ale też wiele akcji, których z różnych względów nie nagłaśnialiśmy. Zbieraliśmy wśród zawodników pieniądze na leczenia naszego małego kibica, piłkarze odwiedzali go potem w szpitalu, dawali prezenty, a po pół roku on nas odwiedzał w klubie i mówił, że już jest zdrowy. No i jak można było nie kochać tej roboty?

Może jak prezes Zając przeczyta ten wywiad to dojdzie do wniosku, że popełnił jednak błąd?

Nie, nie sądzę.

Pierwsza część rozmowy z Pawłem Jańczykiem 

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *