Papadopulos: Gwiazdom nie można psuć treningu

– Nie patrzymy już w przeszłość. Podnosimy głowy, walczymy i skupiamy się tylko na tym, co przed nami. Wszystkim w drużynie zależy na utrzymaniu ekstraklasy dla Kielc – mówi w rozmowie z portalem CowKoronie.pl 34-letni kielecki napastnik Michal Papadopulos.

Kamil Dulęba, CowKoronie.pl: Jak się trafia do wielkiego z początku XXI wieku Arsenalu Londyn?

– Michal Papadopulos, napastnik Korony: Nie pamiętam, bo to było tak dawno (śmiech). Bardzo mi pomogła gra w młodzieżowych reprezentacjach Czech. Miałem dużo szczęścia, bo zawsze gdy przyjeżdżali skauci, to akurat strzelałem gole. Gdy dostałem propozycję z Arsenalu nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. To była wtedy najlepsza ekipa w Anglii, znakomita drużyna. Trafiłem do całkowicie innego świata, gdzie futbolu jest na kosmicznym poziomie. Początek niestety nie był dla mnie łatwy, bo przyszedłem z kontuzją kolana. Nie chcę się jednak tym usprawiedliwiać, bo to tania wymówka. Gdy patrzę na to po latach, to nawet gdybym był zdrowy, to pewnie też bym nie grał, bo „Kanonierzy” zdobyli mistrzostwo Anglii bez porażki w sezonie. Taka to wtedy była ekipa.

Byłeś wypożyczony z Baniku Ostrawa?

– Tak. Miałem podpisać z Arsenalem pięcioletni kontrakt, ale tydzień przed transferem doznałem wspomnianej kontuzji kolana i dlatego londyńczycy zdecydowali się tylko na roczne wypożyczenie.

Jak wyglądały treningi u Arsene’a Wengera?

– Nie były jakoś szczególnie skomplikowane… Były krótkie, ale można było w każdej chwili odczuć ich jakość. Decydowały małe detale, np. żeby nie tracić łatwo piłki. Niby banał, ale w Czechach trenowaliśmy inaczej. W Anglii zwraca się dużą uwagę, żeby nie zwalniać gry i nie psuć treningu gwiazdom. Pierwsze dwa miesiące po kontuzji miałem ciężkie, bo tempo było dla mnie zawrotne. Ale jak powtarzasz pewne elementy codziennie, to zaczynasz się przyzwyczajać.

fot. football365.com

Spotkałeś w Londynie m.in. mistrzów świata jak Thierry Henry czy Patrick Vieria. Z kim miałeś najlepszy kontakt w drużynie?

– Zdecydowanie z Gaelem Clichy’m. Trafiliśmy w tym samym momencie do klubu, mieszkaliśmy też blisko siebie. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy razem. Jeszcze długo po moim odejściu utrzymywaliśmy relację.

Po sezonie wróciłeś do Baniku, a po dwóch latach znów zdecydowałeś się na zagraniczny transfer, tym razem do Bayeru Leverkusen za 1,5 mln euro.

– Super czas tam spędziłem. Zawsze podobała mi się Bundesliga. Od małego chciałem grać w Niemczach. Bayer to też wielki klub. Spotkałem tam wielu wspaniałych ludzi, zdobyłem kolejne doświadczenie, nauczyłem się języka. W ataku była ogromna konkurencja: Berbatov, Voronin, Kiessling. Sami klasowi napastnicy.

W Leverkusen grałeś też z Jackiem Krzynówkiem.

– Świetny człowiek. Od początku bardzo mi pomagał, mogłem się do niego zwrócić w każdej sprawie. Ale przede wszystkim to był znakomity piłkarz. A ta jego lewa noga, to był prawdziwy dynamit!

fot. kicker.de

W Niemczech występowałeś jeszcze w Energie Cottbus.

-W Energie wreszcie mogłem liczyć na regularną grę. Trafiłem tam jak byli na ostatnim miejscu w tabeli, ale utrzymaliśmy się w Bundeslidze. To był wielki sukces dla całej drużyny. Świętowaliśmy go, jakbyśmy zdobyli mistrzostwo. Dla mnie to było też inne doświadczenie, bo wtedy pierwszy raz w karierze walczyłem o utrzymanie. Banik, Arsenal czy Bayer grały o najwyższe miejsca. A gdy musisz się utrzymać, to każdy mecz jest niezwykle trudny.

W Cottbus również miałeś okazję pograć z polskimi piłkarzami m.in. z byłym napastnikiem Korony Przemysławem Trytką.

– Przemek był wtedy bardzo młody, trenował z nami, ale grał tylko w drugim zespole. Już wtedy dał się jednak poznać jako wyjątkowo wesoły chłopak. Znacznie więcej czasu spędzałem w Mariuszem Kukiełką, który był bardzo ważną postacią dla Energie. Mieliśmy świetny kontakt.

Mimo to po sezonie wróciłeś do Czech. Dlaczego?

– Była możliwość, żeby wrócił do Leverkusen, ale nie miało to sensu, bo wiedziałem jak wielka jest tam konkurencja. Cottbus nie było z kolei stać na wykupienie mnie z Bayeru. Miałem w tamtym czasie kilka ofert z czeskiej ekstraklasy z Baniku Ostrawa, Sparty Praga i Mlady Boleslav. Wybrałem  Mladę, bo jej trenerem był Pavel Hapal, z którym pracowałem wcześniej w Baniku. To był decydujący argument. Bardzo wiele mu zawdzięczam w swojej karierze.

Od 11 lat grasz już tylko zagranicą. Był Holandia, potem Rosja i wreszcie Polska.

– W Heerenveen miałem bardzo dobre pierwsze pół roku, później przyszedł jednak Bas Dost i grałem już znacznie mniej. Szukałem nowego klubu i odezwali się z Rosji. Żemuczyżna Soczi przedstawiła mi ciekawą wizję, więc się zdecydowałem. Chcieli wybudować nowoczesny stadion i stworzyć mocną drużynę, która awansuje do Premier Ligi. Spotkałem tam trenera Stanisława Czerczesowa, który mocno mnie namawiał na transfer. W Soczi zdobywałem regularnie gole, byliśmy wysoko w tabeli, mieliśmy bardzo dobry zespół. Niestety po trzech miesiącach zaczęły się problemy, przestali nam płacić. Gdy wróciliśmy po letniej przerwie przyszedł do szatni prezydent klubu i powiedział, że zbankrutowali… Ja miałem szczęście, że strzelałem bramki i szybko znalazłem zatrudnienie w Rostowie.

Skąd w 2012 roku trafiłeś do Zagłębia Lubin.

– Mogłem zostać w Rostowie, ale tam często zmieniano trenerów. Przyszedł nowy i nie widział mnie w drużynie. Znów duży wpływ na moją decyzję miał trener Hapal. Wtedy nie wiedziałem za dużo o polskiej lidze, ale trener przekonał mnie, że warto spróbować.

I w Lubinie szybko zostałeś jednym z ulubieńców kibiców.

– Myślę, że zasłużyłem sobie nie tylko grą, bramkami, ale również tym, że po spadku nie odszedłem z Zagłębia. Wielu piłkarzy opuściło klub, a ja postanowiłem zostać i pomóc w powrocie do ekstraklasy. Kibice do docenili.

fot. Zagłębie Lubin

Spędziłeś w Zagłębiu prawie pięć lat, aż wreszcie zmieniłeś je dla Piasta Gliwice.

– Byłem długo w Lubinie i czułem, że potrzebuję zmian, nowej motywacji. Miałem możliwość powrotu do Czech, ale dobrze się czułem w Polsce, znałem ekstraklasę, więc nie chciałem na siłę wracać. Decyzja okazała się słuszna, bo w Gliwicach znów spędziłem wspaniałe chwile, zakończone mistrzostwem.

I tak dobrnęliśmy do Kielc. Podpisując kontrakt z Korony liczyłeś pewnie na grę o coś więcej niż utrzymanie?

– Przychodziłem tu z nastawieniem, że gramy minimum o pierwszą „ósemkę”. W ostatnich sezonach Korona zawsze miała taki cel. Niestety runda jesienna nie była dla nas udana, zwłaszcza jej pierwsza część. Jesteśmy w strefie spadkowej i wiosną musimy pokazać, że zasługujemy na ekstraklasę. Ale nie patrzymy już w przeszłość. Podnosimy głowy, walczymy i skupiamy się tylko na tym, co przed nami. Wszystkim w drużynie zależy na utrzymaniu ekstraklasy dla Kielc. Mimo, że jestem w Koronie tylko pół roku, czuję dużą odpowiedzialność za zespół.

Przed sezonem zakładałeś zdobycie 10 goli, chyba będzie trudno zrealizować ten plan?

– Absolutnie nie jestem zadowolony ze swojego dorobku. Dwa gole w rundzie jesiennej to zdecydowanie za mało. Wiem, że muszę się poprawić. I wiem, że jeśli będę częściej trafiał do siatki, to bez problemów utrzymamy się w lidze.

fot. Korona Kielce

Twoja umowa z Koroną wygasa po tym sezonie. Rozmawiałeś z władzami klubu o jej przedłużeniu?

– W tej chwili w ogóle nie myślę o tym. Teraz najważniejsze jest, żeby Korona utrzymała się w ekstraklasie. Nie ważne czy zostanę w Kielcach na następny sezon. Im jestem starszy, to myślę, tak rok po roku. Jeśli skończy mi się umowa i nie będę czuł, że jestem w stanie coś jeszcze dać drużynie, to na pewno na siłę nie zostanę.

Myślałeś już co będziesz robił po zakończeniu kariery?

– Mam pewne plany, ale na razie nie chcę o nich mówić. Jest możliwość pozostać przy piłce, a druga, to całkowicie się od niej odciąć. Cały czas o tym myślę. Na pewno będę musiał coś robić, bo nie lubię się nudzić. Najważniejsze żeby znaleźć zajęcie, które będzie mnie interesowało i napędzało do działania.

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *