Niespełnione obietnice. Dlaczego Korona nadal raczkowała?

Trzy porażki z rzędu sprawiły, że z pracą w Koronie musiał pożegnać się Mirosław Smyła. Czy jednak tylko fatalna wiosenna seria sprawiła, że kieleckim władzom skończyła się cierpliwość? Wydaje się, że 50-letni szkoleniowiec szansę przegrał wcześniej. Być może niepotrzebnie aż tyle obiecywał na początku swej przygody w Kielcach.

Zatrudnienie trenera przyjęto z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony odetchnięto z ulgą po zwolnieniu Gino Lettieriego, kiedy w parze szły słabe wyniki drużyny i przytłaczająca atmosfera w szatni. Z drugiej liczono, że nowy trener będzie osobą z doświadczeniem w ekstraklasie, a przyszedł człowiek, który w swojej karierze trenerskiej pracował tylko z  klubami z niższych klas rozgrywkowych oraz młodzieżą. Do szatni wrócił jednak język polski, odbywały się krasomówcze konferencje prasowe, trener posiłkował się pięknymi porównaniami i istniał promyk nadziei na to, że na boisku zaczną pojawiać się młodzi, zdolni wychowankowie.

fot. Paweł Jańczyk / FotografiaPiękna.pl

Ziemniaki długo się gotowały

Ligowy debiut trenera nie należał do udanych, wyprawa do Gdańska zakończyła się porażką 0:2. Uczucie smutku podtrzymane zostało podczas kolejnego meczu z Zagłębiem Lubin. Spotkanie rozgrywane w ramach Pucharu Polski zakończyło się porażką 0:1, a to marne widowisko na stadionie przy ulicy Ściegiennego obserwowała garstka kibiców – niespełna dwa tysiące. Nastroje po pierwszych dwóch meczach nie były najlepsze, ale trener zapewniał, że będzie lepiej, mówiąc o zasianym ziarenku oraz o czasie potrzebnym na ugotowanie ziemniaków.

Humory poprawiły się po rozegraniu kolejnego meczu. Pierwsze zwycięstwo pod wodzą trenera Mirosława Smyły, Korona odniosła w spotkaniu ze Śląskiem Wrocław. Gra w tym pojedynku momentami wyglądała dużo lepiej i wydawało się, że jest szansa na to, aby wszystko zaczęło zmierzać w dobrym kierunku. Niestety w kolejnych ośmiu spotkaniach Korona odniosła tylko dwa zwycięstwa, zanotowała jeden remis i aż pięciokrotnie schodziła z boiska pokonana. Szczególnie bolesne okazały się porażki z bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie ŁKS-em 1:4 i Arką Gdynia 0:1

Niewykorzystany impuls

Najlepiej wspominanym przez kibiców okresem pracy trenera Mirosława Smyły w Koronie pozostanie czas od połowy do końca grudnia ubiegłego roku i dwa ostatnie mecze pierwszej fazy rozgrywek ekstraklasy. Wtedy to drużyna odniosła zwycięstwa z Cracovią i Pogonią, a ich historia zapewne pozostanie w pamięci fanów żółto-czerwonych. W obu tych spotkaniach przez dłuższy czas Korona musiała grać w osłabieniu i dzięki heroicznej walce i ogromnemu zaangażowaniu udało się te pojedynki wygrać. Szczególnie budujący był mecz z Cracovią przed własną publicznością. Wydawało się , że odniesiona w tak trudnych okolicznościach wygrana okaże się kamieniem milowym w tworzeniu charakteru drużyny. Ogromna wola walki na boisku, zjednoczone w głośnym dopingu trybuny i wielka radość po końcowym gwizdku przywołały wspomnienie „bandy świrów” Leszka Ojrzyńskiego. Wszystko znalazło swoje potwierdzenie kilka dni później na boisku w Szczecinie, gdzie zawsze Koronie było ciężko o jakąkolwiek zdobycz punktową. Kolejne zwycięstwo odniesione w osłabieniu spowodowało, że okres świąteczno-noworoczny upłynął całemu środowisku związanemu z Koroną w miarę optymistycznych nastrojach. Prawdziwa weryfikacja trenera Smyły miała jednak nadejść po przerwie zimowej, wraz z przepracowanym okresem przygotowawczym.

fot. Paweł Jańczyk / FotografiaPiękna.pl

Po obiecującej końcówce ubiegłego roku, kibice Korony spodziewali się mocnego wejścia w rozgrywki po przerwie zimowej. Niestety, wyniki pokazały co innego. Start drugiej rundy ekstraklasy rozpoczął bezbarwny mecz z Górnikiem Zabrze. W tym spotkaniu Korona zagrała bardzo zachowawczo, nie wykorzystując atutu własnego boiska.  Remis 0:0 na pewno nie zadowolił kibiców gospodarzy. Później był kolejny, równie słaby mecz w Białymstoku, zakończony ponownie bezbramkowym remisem oraz porażka z Wisłą w Krakowie, mimo fragmentów dobrej gry.

Tonący Djuranovicia się chwyta

Ostatnie tygodnie pracy trenera Mirosława Smyły przypominały chwytanie się brzytwy przez tonącego. Dziwne decyzje taktyczno-personalne wyszły na pierwszy plan w meczu z meczu z Lechią Gdańsk,  gdy na lewej obronie trener zdecydował się ustawić nominalnego napastnika, bądź ofensywnego pomocnika Erika Pacindę. I choć po meczu zapewniał, że Pacinda dał wiele jakości w ofensywie, to nie da się uniknąć faktu, że słowacki zawodnik odpowiadał za obie stracone w meczu bramki. Szczególnie niezrozumiałe było desygnowanie Pacindy do krycia Flavio Paixao przy stałych fragmentach gry. Napastnika Lechii, który zdobył w polskiej lidze 75 bramek z czego aż 17 właśnie głową (krył zawodnik niższy o 9 centymetrów). Efektem takiej decyzji była stracona po rzucie rożnym bramka na 0:1.

Kolejna nieoczekiwana decyzja miała miejsce w ostatnim meczu we Wrocławiu. Oto pierwszym zmiennikiem, wchodzącym po przerwie na murawę został Uros Djuranović. Zawodnik, który był już praktycznie poza Koroną, przesuwano go do rezerw, dawano możliwość szukania innego klubu,  a w tak ważnym meczu stał się niespodziewanym jokerem w talii trenera Smyły. I mimo, że po wejściu na boisko pokazał niezłą dyspozycję, to ta decyzja pokazała, że trener szuka coraz bardziej niezrozumiałych rozwiązań.

Młodzież zagrała… minutę

Zaraz po objęciu pracy w Koronie trener Smyła zapowiadał systematyczne wprowadzanie do drużyny młodych zawodników, którzy zdobyli mistrzostwo Polski juniorów. Dziś już wiemy, że swoich zapowiedzi trener nie zdążył zrealizować, nie dając szansy na zaistnienie na boiskach ekstraklasy praktycznie żadnemu piłkarzowi z mistrzowskiego zespołu. Owszem, kilku zawodników znajdowało się w szerokiej kadrze meczowej, dużo gorzej jednak  przedstawiała się sprawa ich pojawiania się na placu gry. Ten fakt mocno rozczarowywał kibiców, bo wcześniej trener przez wiele lat pracował z młodzieżą i już na pierwszej konferencji po objęciu posady szkoleniowca Korony bardzo wnikliwie opowiadał jakie decyzje trzeba podjąć w pracy z takimi zawodnikami.

fot. Paweł Jańczyk / FotografiaPiękna.pl

Na zimowy obóz do Turcji trener zabrał ze sobą kilku przedstawicieli mistrzowskiej drużyny. Młodzi piłkarze przepracowali cały okres przygotowawczy z pierwszym zespołem i można było się spodziewać, że po wznowieniu ekstraklasowych rozgrywek będą pojawiać się na boisku. W wielu momentach trenerowi zabrakło podjęcia większego ryzyka, odwagi, aby skorzystać z któregoś z nich w czasie meczu. Biorąc pod uwagę indolencję strzelecką drużyny, najbardziej liczono, że swoje szanse na pokazanie się w ofensywie otrzyma Mateusz Sowiński. Niestety, jeden z najbardziej utalentowanych piłkarzy Korony młodego pokolenia nie otrzymał takiej możliwości. Liczba minut rozegranych za kadencji trenera Mirosława Smyły przez zawodników, którzy zdobyli mistrzostwo Polski juniorów  wynosi… 1. Słownie: jedną minutę. W takim wymiarze czasowym pojawił się na boisku w meczu z Górnikiem Zabrze Dawid Lisowski.

Korona nadal raczkuje

Bilans trenera Smyły w oficjalnych meczach Korony to 5 zwycięstw, 3 remisy i 10 porażek (jedna w Pucharze Polski). W ostatnich tygodniach wraz z niezadowalającymi wynikami w jednym szeregu zaczęły iść niezrozumiałe decyzje, brak podjęcia ryzyka w postaci postawienia na młodych, pełnych chęci pokazania się zawodników oraz wypowiedzi, które zaczynały brzmieć coraz bardziej niewiarygodnie.  Przygoda Mirosława Smyły z Koroną kończy się tak, że ze wspomnianego wcześniej kiełkującego ziarnka nie rozwinęła się piękna roślina, a dziecko nadal raczkuje i ma problem z postawieniem pierwszych solidnych kroków. Kroków jakże potrzebnych do utrzymania w ekstraklasie.

Robert Jedynak

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *