Najsłabsze 30 kolejek w historii. Bartoszek musi dokonać cudu

Zakończył się sezon zasadniczy ekstraklasy 2019/20. Korona zdobyła w nim 30 punktów, a na ten dorobek pracowało aż czterech trenerów. Taka zdobycz punktowa, osiągnięta po rozegraniu pełnych 30 kolejek, jest najniższą w historii występów kieleckiego zespołu w krajowej elicie.

Do tej pory najsłabszym wynikiem było uzyskanie 36 punktów w sezonie 2012/13. Drużynę w tamtym okresie prowadził Leszek Ojrzyński, a w lidze nie obowiązywał jeszcze podział na grupę mistrzowską i spadkową. Biorąc pod uwagę rozgrywki odbywające się po wprowadzeniu dodatkowej fazy zmagań, najsłabszy wynik Korony to 37 pkt. z sezonów: 2013/14 oraz 2015/16. Czy przed rozpoczęciem bieżących rozgrywek mogliśmy się spodziewać tak niepokojącego scenariusza?

Kadra zespołu została skompletowana na długo przed startem ligi. Z klubu dobiegały głosy, że trzeci sezon pod sterami większościowych udziałowców z Niemiec, będzie przełomowy, a Gino Lettieri cieszył się stuprocentowym poparciem prezesa Krzysztofa Zająca. Inaugurujący rozgrywki mecz z Rakowem Częstochowa pomógł wszystkim utwierdzić się w tym przekonaniu. Korona pokonała beniaminka 1:0, mając cały mecz pod kontrolą i tylko indolencji strzeleckiej kielczan, Raków mógł zawdzięczać to, że schodził z boiska z jedną straconą bramką. Optymizm kibiców złocisto-krwistych jednak nie trwał zbyt długo. Symboliczną chwilą okazała się 90 minuta meczu z warszawską Legią, rozgrywanego w ramach drugiej kolejki Ekstraklasy. Wtedy to, praktycznie w ostatniej akcji spotkania, Walerian Gwilia zapewnił wygraną stołecznej ekipie, a z kieleckiej drużyny po tym spotkaniu jakby całkowicie uszło powietrze. Jeszcze 30 minut kolejnego, wyjazdowego meczu z Arką w Gdyni wyglądało nieźle, później jednak kielecki klub pod wodzą Gino Lettieriego staczał się po równi pochyłej.

fot. Paweł Janczyk / FotografiaPiekna.pl

Oglądanie Korony w kolejnych meczach przypominało seans chwalonej nieco na wyrost Oscarowej „Romy”. Tak jak w filmie Alfonsa Cuarona z 2018 roku, tak i na boisku w grze Korony brakowało kolorów, widz męczył się z każdą upływającą minutą, czekając w nieskończoność na zobaczenie czegoś wyjątkowego. Po czwartej kolejnej porażce trener Gino Lettieri został zwolniony, a kieleccy kibice odetchnęli z ulgą. Bilans Włocha w bieżącym sezonie zamknął się czterema punktami zdobytymi w siedmiu meczach, co dało średnią 0,57 pkt. na mecz. Całokształt pracy Lettieriego w Kielcach można jeszcze raz porównać do produkcji filmowych, ale tych bardziej popularnych w czasie pandemii, czyli serialowych. Po pierwszym bardzo dobrym sezonie, zdarza się tak, że kolejne realizowane są troszkę na siłę, już bez ciekawego pomysłu, a tylko z nastawieniem, że widz zostanie wierny do końca, mając w pamięci to co wydarzyło się w premierowych odcinkach. Dziś śmiało można postawić tezę, że serial „Gino w Koronie” powinien zakończyć się po drugim sezonie.

fot. Paweł Janczyk / FotografiaPiekna.pl

Po zwolnieniu Lettieriego klub miał dwa tygodnie czasu na zaprezentowanie nowego szkoleniowca. Rozpoczynała się właśnie przerwa na mecze reprezentacji narodowych, co w trakcie sezonu wydaje się najlepszym momentem na tego typu roszadę. W kuluarach wymieniano wiele nazwisk trenerów, mających zastąpić Włocha. Jak się okazało wszystkie te przypuszczenia były błędne. W czasie gdy spekulacje co do nazwiska nowego coacha nabierały rozmachu, drużynę do meczu z Wisłą Kraków przygotowywał człowiek związany z Koroną od wielu lat, czyli Sławomir Grzesik, który nie pierwszy raz musiał sprawdzić się w roli tymczasowego trenera. W trakcie dwutygodniowej przerwy Korona rozegrała sparing z Rakowem, a poczynaniom drużyny, z kameralnych trybun boiska w podkieleckich Nowinach, przyglądał się w spokoju, nierozpoznany przez żadnego z dziennikarzy i kibiców przyszły trener kieleckiego klubu. Zanim jednak doszło do oficjalnego przedstawienia nowego szkoleniowca, drużynę w meczu z Wisłą poprowadził wspomniany wcześniej Grzesik. W grze Korony widoczne było większe zaangażowanie i charakter, jednak zabrakło umiejętności na pokonanie grających przez blisko godzinę w osłabieniu Wiślaków. Z perspektyw czasu, strata dwóch punktów w tamtym meczu wydaje się jeszcze bardziej bolesna, a należy także zwrócić uwagę na fakt, że po meczu w Kielcach, Wisła schodziła z boiska pokonana w kolejnych dziesięciu spotkaniach ligowych.

fot. Paweł Janczyk / FotografiaPiekna.pl

Trenerem, który mógł skrupulatnie obserwować poczynania swoich przyszłych podopiecznych w sparingowym meczu z Rakowem i ligowym z Wisłą, okazał się Mirosław Smyła. Było to dużym zaskoczeniem, gdyż spodziewano się, że nowy szkoleniowiec będzie osobą mającą doświadczenie związane z pracą w ekstraklasie. Tymczasem w klubie pojawił się człowiek, który w swojej karierze trenerskiej prowadził tylko drużyny z niższych klas rozgrywkowych oraz zespoły młodzieżowe. Trener Smyła dyrygował poczynaniami Korony z ławki w 17 ligowych meczach. Na plus z okresu jego pracy z zespołem należy zaliczyć pięć ligowych zwycięstw. W szczególności zapamiętane zostaną te z Cracovią i Pogonią, w czasie których drużyna przez długi czas trwania meczu zmuszona była grać w osłabieniu. Na minus, brak zwycięstwa w meczach z bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie. Porażki z ŁKS-em Łódź, Arką Gdynia, Wisłą Kraków oraz remis z Górnikiem Zabrze zaraz po wznowieniu rozgrywek ligowych po przerwie zimowej. W tamtym okresie strata do Górnika wynosiła tylko dwa punkty i ten mecz nabierał szczególnego znaczenia. Korona zagrała bardzo zachowawczo, nie wykorzystując atutu własnego boiska. Pod wodzą Mirosława Smyły kielczanie uzyskali 18 punktów w 17 meczach, co daje średnią na mecz 1,05 pkt. Trener został zapamiętany także z krasomówczych konferencji prasowych, podczas których wielokrotnie sypał z rękawa anegdotami, porównaniami, czy oratorskimi wręcz wypowiedziami. Wydaje się jednak, że jak na tak ważny moment w tamtym okresie w Koronie było za grzecznie. Drużyna potrzebowała wojownika… „Wojownika z miłości”.

Właśnie taki tytuł nosi piosenka Bartasa Szymoniaka, która chcąc nie chcąc stała się drugoplanowym bohaterem afery związanej z listą przebojów radiowej trójki. I choć tytuł piosenki idealnie pasuje do trenera, który objął stery w kieleckim klubie, to jest to utwór bardzo łagodny, spokojny, a Korona potrzebowała ostrych rockowych riffów, w czasie grania których z gryfu gitary będą leciały iskry i wióry. A to zapewnić mógł tylko Maciej Bartoszek. Jego wypowiedź zaraz po przyjęciu propozycji Korony, że rodzinie się nie odmawia, jeszcze bardziej umocniła i tak już ogromny szacunek jaki posiadał wśród większości fanów żółto-czerwonych. Wielu spośród ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odwrócili się od drużyny, zapowiedziało powrót na stadion. W koroniarskiej rodzinie powiało olbrzymim optymizmem.

fot. Korona Kielce

Mecz z ŁKS-em, który rozpoczynał drugie rozdanie trenera w kieleckim klubie należało wygrać za wszelką cenę. Styl nie był najistotniejszy, liczyły się tylko trzy punkty. Bartoszek dał potrzebny impuls, a Korona pokonała rywala 1:0. Szkoleniowiec kielczan na pewno nie spodziewał się, że na kolejny mecz swojego zespołu na boiskach ekstraklasy będzie musiał czekać blisko trzy miesiące. Wszyscy kibice zastanawiali jak tak długa przerwa, związana z pandemią koronawirusa wpłynie na zespół Korony. Weryfikacja miała nastąpić w Płocku, na stadionie Wisły. Pierwsze 30 minut tego spotkania mogło wzbudzać pewne obawy, jednak wtedy nastąpiła słynna już przerwa na uzupełnienie płynów, po której oglądaliśmy inną, lepszą stronę kieleckiego klubu. Odważna, agresywna gra, oddawanie wielu strzałów na bramkę przeciwnika przyniosło wyczekiwany sukces w postaci zwycięstwa 4:1. I choć kolejne mecze z Piastem Gliwice i Zagłębiem Lubin pozostawiły uczucie niedosytu, to o gra drużyny napawała optymizmem.

Do szybkiego zapomnienia pozostaje wczorajsza dotkliwa porażka z Lechem Poznań. I choć nawet w tym meczu były fragmenty, w których gra Korony mogła się podobać, to wyższość zawodników „Kolejorza” nie podlegała dyskusji. Maciej Bartoszek poprowadził Koronę w pięciu meczach sezonu zasadniczego zdobywając w nich 7 punktów. Średnia na mecz w jego przypadku wynosi 1,4 pkt.

fot. Korona Kielce

Przed drużyną Korony siedem decydujących bojów rundy finałowej. Mimo trudnej sytuacji kadrowej (szczególnie bolesny może okazać się brak Marcina Cebuli) i napiętego terminarza, zawodnicy muszą wznieść się na wyżyny swoich umiejętności oraz wykazać się niezwykłym heroizmem w walce o utrzymanie Korony w ekstraklasie. Jeżeli Maciej Bartoszek zrealizuje postawiony przed nim cel, już na stałe zapisze się złotymi zgłoskami w historii kieleckiego klubu.

Robert Jedynak

Share:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *