Korona musi wyjść ze strefy komfortu. To ostatni dzwonek

Po takim meczu trudno nawet o krytykę. Bo co to za sztuka? Każdy widział jak bezradna była Korona, jak w jej grze nic nie funkcjonowało. Ale jeśli porażka w Sosnowcu ma pomóc niektórym wyjść ze strefy komfortu, to trzeba przyjąć, że było warto przegrać 1:4.

Nie sposób odnieść wrażenia, że wielu ludziom w Koronie – zaczynając od grupy piłkarzy, przez sztab szkoleniowy, a kończąc na władzach klubu – obecne położenie drużyny jest na rękę. Poza kibicami (i może częścią mediów) nikt nie wymaga więcej. Jest bezpieczne położenie w środku tabeli, z przewagą nad strefą spadkową, więc można wygodnie się rozsiąść i rozłożyć ręce po dobrze wykonanej pracy.

Teoretycznie tak jest. Bo biorąc pod uwagę budżet – miejsce w środku tabeli zdaję się oddawać siłę Korony. Ale czynników wpływających na wynik sportowy jest znacznie więcej niż tylko pieniądze. I dlatego trudno zaakceptować argumentację Gino Lettieriego, że „jesteśmy małym klubem”, więc cieszymy się, że uda nam się czasem urwać punkty większym od nas, ale generalnie to stać nas na niewiele. Gdybym sam był piłkarzem, to wolałbym mieć w szatni szefa, który ciągnie mnie do góry, niż na każdym kroku podkreśla moją i kolegów przeciętność.

Gdy Lettieri przychodził do Korony sprawiał wrażenia człowieka, któremu chodzi o coś więcej niż tylko rozegranie kolejnego meczu. Ale im dłużej pracuje w Kielcach tym mniej w nim tej wizji. Wszak trudno o nią, gdy co mecz zmienia się skład, ustawienie, sposób gry. U siebie zagramy bez skrzydłowych. Nie poszło? To na wyjeździe spróbujemy ze skrzydłowymi. Znów nie wyszło? Za tydzień wymyślimy jeszcze coś innego.

Pamiętacie Pachetę? Pewnie wielu z was ma o nim przeciętne zdanie, a ja uważam, że to był jeden z najlepszych trenerów jaki w ostatnich latach pracował w Kielcach. A wiecie, dlaczego? Bo Hiszpan miał właśnie tę wizję. Wiedział jak chce grać. Jego problemem był nawet nie tyle brak wykonawców, co przekonanie ich, że po zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego, warto przestawić się na inny tryb pracy. Lettieri na tle Pachety ma niewyobrażalny komfort. Zbudował drużynę absolutnie po swojemu, dobrał piłkarzy wedle własnego uznania. Ze składu, który w przedostatniej kolejce sezonu 2016/17 desygnował do gry przeciwko Legii Maciej Bartoszek, na regularną grę mogą liczyć tylko Rymaniak i Żubrowski. Na pozostałych pozycjach grają ludzie ściągnięci już za czasów Włocha.

Mimo to dziś nie sposób określić jaki pomysł na tę drużynę ma Lettieri. Wyniki teoretycznie go bronią, bo Korona wciąż utrzymuje się w górnej połowie tabeli, ale czy tylko o to chodzi? Czy z tym składem naprawdę nie można powalczyć o wyższe cele? Czy nie można dać kibicom czegoś więcej? Chyba jednak można.

Wypada mieć zatem nadzieję, że lanie w Sosnowcu będzie dla trenera Gino Lettieriego, prezesa Krzysztofa Zająca i grona zawodników ostatecznym dowodem, że pewien model pracy wypalił się i pora inaczej zacząć podchodzić do swoim obowiązków. Bo ten sezon wcale nie musi być spisany na straty. Wypada tylko zacząć tego chcieć.

Zagłębie Sosnowiec – Korona Kielce 4:1 (1:1)

Bramki: Nowak (19.), Udovicić (53.), Mygas (57.), Mraz (90.) – Soriano (35. z karnego).

Zagłębie: Hrosso – Mygas (90. Heinloth), Polczak Ż, Toth (46. Cichocki), Mraz – Nawotka (89. Iwaniszwili), Milewski, Gressak, Udovicić – Pawłowski –  Nowak.

Korona: Miśkiewicz – Rymaniak, Marquez Ż Cż, Kovacević, Bjelica Ż – Pucko (57. Cebula), Petrak (57. Żubrowski), Gnjatić, Jukić – Arweładze (46. Brown Forbes), Soriano.

Sędziował: Tomasz Kwiatkowski

Widzów: 2600.

Share:

One Response to the post:

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *